2011-12-11

Słowo o denaturacie

Zacznę może z grubej rury. W Polsce nie idzie dostać denaturatu. Ma to, jak to często bywa, związek z grubym wałem z milionami złotych w tle, ale ja nie o tym.

Denaturat od samego początku mojej zabawy w turystykę pieszą jest dla mnie podstawowym paliwem. Jest jako tako dostępny, teoretycznie łatwo go kupić w niewielkich sklepikach. Łatwiej od kartusza z gazem albo kostek paliwa stałego a'la esbit. Statystycznie wychodzi mi, że denaturat ma w ofercie 1/3 sklepów spożywczych. Denaturat jest najczęściej spirytusem skażonym o stężeniu od 70 do 92%. Czym jest pozostałe 30%? Wodą? Bywa różnie. Ostatnio udało mi się dostać denaturat z dodatkiem izopropanolu - po spaleniu dało się wyczuć charakterystyczny, szczypiący w nos zapach. Po przepaleniu 0,5l w palniku przeznaczonym do palenia etanolu, wszystkie gary mam do szorowania, denka są dosłownie czarne.

Wycieczka do sklepu budowlanego to zupełnie inna sprawa - tu skażony etanol naprawdę ciężko dostać (wyjątek to Brico). Najczęściej dykta z budowlanego - przeróżne "Denaturyty" i "Denaturale" to izopropanol w stężeniach 90-99%. Nie nadaje się do picia, ale żeby było zabawniej, też jest on barwiony i skażany. Izopropanol jest tańszy od etanolu, nie ma na niego akcyzy, ale po zabarwieniu i skażeniu robi się 2x droższy. Dlaczego? Bo polak jest klientem, a niemiecki market ustala ceny.
Ostatnio w Brico trafił mi się prawdziwy rarytas - niedrogi (5 zł/0,5 l) izopropanol 90% ("PIKKO Denatural" firmy Dragon, czujcie się ostrzeżeni) z dodatkiem... nafty. Po dodaniu wody mętnieje. Śmierdzi obrzydliwie.

O palniku, który trawi wszystkie takie wynalazki napiszę za jakiś czas, to dłuższa historia.




0 x skomentowano:

Ten blog nie jest w żadnym wypadku pierdo-periodykiem.