Praca. "A Juści" będzie pasowało, ale na wszelki wyp. na końcu jeszcze dałem bonus.
Artysta plastyk, stara matura, jednolite magisterskie studia dzienne, praca pisemna o fotograficznych marginesach, dyplom artystyczny z grafiki warsztatowej. Tytuł magistra sztuki, obrona z wyróżnieniem. Dziesięć (11?) corocznych wykładów o fotografii otworkowej na UWM. W historii zawodowej dwa krótkie epizody: grafik, później "człowiek od wszystkiego" w "miejscu do wszystkiego". Potrafię zrobić praktycznie wszystko za co się zabieram. Od opracowania koncepcji publikacji do sprawdzenia płyt offsetowych. Od instruktora do cieśli - dam sobie radę. Tak mnie do pracy przyjęli oni - wydawnictwo z branży medycznej. Zamiast grafikiem zostałem operatorem DTP, jak nazywa się tam nie świetlików, a składaczy. Prosta, niewymagająca, niewypalająca, mało kreatywna praca przy projektowaniu, opracowaniu graficznym i składzie przeróżnych materiałów, głównie w świat szły czasopisma i rzeczy związane z eventami. Mało interesujące naukowe pierdy, specjalistyczne, nie za bardzo kolorowe. Na początku ponad rok robiłem na etacie, teraz, od 4 lat na własną prośbę przeszedłem na tzw. umowy śmieciowe i 100% pracy zdalnej. Układa nam się od zawsze dobrze i taki układ od zawsze mi odpowiadał i odpowiada nadal.
W sumie 5 i pół roku stażu. Pracując na miejscu wytrzymałbym góra rok dłużej, później musiałbym się leczyć. Stres, mobbing, etat tam to 8 h 20 min dziennie, o przepisach BHP można zapomnieć, o prawie pracy też. Najgorszy był brak możliwości zaplanowania sobie dnia - nigdy nie było wiadomo, czy wyjdę z pracy o 16.20, o 17, czy może o 20.30, bo i tak bywało. Stale ktoś mnie poganiał. To kiedy będzie, tamto kiedy będzie. Chodziłem do kierowniczki, prosić o poukładanie mi zajęć, bo nie mogę się inaczej dowiedzieć, co jest pilne, a co nie. Wszystko było. Półtorej godziny dojazdów. Hałas, korki, spaliny, bieda. Zapieprz tylko po to, żeby żyć tam, na miejscu, w wielkim mieście. Nie, tak nie można. Pewnego dnia wstałem, oświadczyłem, że nie mam zamiaru zapierdalać, bo mi znów obiad wystygnie i wyszedłem o 16:20. Zrobiłem świństwo. Następnego dnia była rozmowa umoralniająca. Nieprzewidziane nadgodziny już się nie powtórzyły, kawał czasu było normalnie. Ale decyzja o wyprowadzce zapadła ostatecznie.
Daliśmy współlokatorce znać 5 miesięcy wcześniej, że się wyprowadzimy. Nie mogła nam wybaczyć tego, że jej nie było przy podejmowaniu tej decyzji, że nie miała prawa głosu w sprawie tego, jak każde z nas chce żyć. Pięć długich, cichych miesięcy. Żeby to tak mogło być, że za życie w wielkim mieście nagle będzie warto się zarzynać, bez ciężkiej pracy biznes zacznie przynosić owoce, dojazdy do pracy staną się krótsze, miasto bardziej pachnące, a ludzie będą uśmiechnięci.
Później już mnie nie było na miejscu, mogłem tylko sobie wyobrażać co się dzieje w pracy. Miałem trzy lata względnego spokoju. W sierpniu się zaczęło psuć.
Chcę po trosze podzielić się stężeniem absurdu, po trosze zrzucić ciężar z piersi i usprawiedliwić się co nieco. Nie chcę w tej sytuacji szukać niczyjej winy, poza własną.
18 lipca wpadło mi zlecenie - trochę informator, trochę suplement do czasopisma. Częściowo już złożone, bo kolega na urlopie, częściowo do złożenia, poza tym korekta, wydawałoby się banał. Trochę stawka za stronę, trochę tego, co się uda uskrobać z zabudżetowanej kwoty.
Redaktorka akurat była na urlopie, z zastępstwem pracowało się szybko i bezproblemowo. Korekta za to była naprawdę parszywa - zdarza się czasem (zdarza się to słowo-klucz). Może ktoś coś przegapił, ktoś czegoś nie doczytał, ktoś coś olał i na koniec ktoś to wszystko musiał nadrobić. Tym kimś na końcu zostałem ja. I trójka redaktorów, z ich strony jeden człowiek by się nie wyrobił, mają tej roboty znacznie więcej.
No nie dostałbym tego, gdyby to nie było pilne, prawda? Pilne. Bardzo pilne. Uwinęliśmy się ze wszystkim w tydzień. Poszło do profesora. Profesor - człowiek zajęty, odpisał po tygodniu. Więc jednak mogło poczekać. Samych plików roboczych w pewnym momencie było 2GB. Do tego czasu szalenie sympatyczna redaktorka prowadząca to pismo wróciła z urlopu. Szybko wyprostowaliśmy parę rzeczy, pominiętych wcześniej. To znów robota ekstra. Okazało się, że publikacja to oczko w profesorskiej głowie. Robota ekstra. Nanoszę liczne poprawki, przesyłam redaktorce, redaktorka wysyła rzecz do profesora, profesor odsyła liczne poprawki, czasami dowali ogromny kawałek tekstu, czasami przetasuje całą treść. Profesor zupełnie nie przejmuje się zamkniętymi budżetami, nieprzekraczalnymi kalkulacjami, dedlajnami i zmieniającymi je procedurami, którymi trzeba się kierować przez całe tygodnie żeby załatwić najprostszą nawet rzecz itp., itd., słowem profesor ignoruje elementy wydawniczego mobbingu, redaktorka staje na głowie i świeci oczami, a ja przekładam wszystko ze strony na stronę. I jakoś tak czas mija.
Gdzieś pod koniec sierpnia zaczęło się comiesięczne gówniane zlecenie, dzięki któremu mam w miarę regularne kieszonkowe. Pilne to strasznie, ale zaplanowane na rok do przodu. Zaplanowane, bo termin wyśrubowany jest tak, że z samym tym jednym magazynem ledwo się wyrabiam. A to druga pilna rzecz w kolejce. Siedzę w dzień, siedzę wieczorami. W trzecim tygodniu siedzenia non-stop kręgosłup zaczął się buntować. Lato za oknem powoli zamienia się w jesień.
Ponieważ w lipcu nic nie zeszło, w sierpniu nie było kasy. Byłem na to przygotowany.
Gówniane zlecenie trwa. Dziwną publikacją zajmuję się w międzyczasie. Mam wrażenie, że powoli zamykamy sprawy.
Dostaję do składu jeszcze jedno czasopismo. Myślę, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wcisnąłby mi niczego pilnego, więc spokojnie łykam zlecenie. I to był mój błąd. Sytuacja na miejscu musiała się mocno zagęścić. To się powtarza co roku, koniec lata jest ciężki, ale takiego paskudnego nie pamiętam.
Tu dygresja: na przyszły wrzesień planuję pieszą wycieczkę, nie ma to związku z natężeniem pracy - o ile jeszcze będę współpracował z wydawnictwem. Wycieczkę taką po prostu mogę odbyć albo w maju, albo we wrześniu, na maj nie dam rady się przygotować, poza tym w maju częściej pada i woda w morzu jest przeraźliwie zimna. Więc zostaje wrzesień.
Głowa mnie boli. Na szczęście comiesięczne gówno udaje się spuścić w drukarniany kibel. Nie zauważam też, kiedy to wielce ważne zlecenie, oczko w głowie profesora udaje się wypchnąć dalej. Czas mija.
Dostaję następne czasopismo. Znów popełniam ten sam błąd i znów czuję się wrabiany w karkołomne terminy. Taka praca, taki sezon... Zdarza się. Masa poprawek. Masa. Wszędzie więcej, niż zwykle. Dużo więcej. Nad każda stroną pracuję wielokrotnie dłużej niż można było zakładać. Ktoś po drodze znów się opierdalał, albo przegapił, albo cisnął z robotą na oślep. Nie idzie mi powoli, idzie mi rewelacyjnie szybko. Gdyby szło mi powoli, nie dawałbym rady. Praca po godzinach, praca w weekendy, nie wychodzę na dwór, Ania parzy mi kawy i podaje obiady pod nos. Siadam do pracy o 8. Plecy bolą od 8:30. Głowa od 10. Oczy szczypią od 12. Nie zauważam kiedy kończę pracę nad publikacjami, te zdarzenia mi umykają. Z przemęczenia nie mogę zasnąć.
Dyrektor wielce finansowy na urlopie sparaliżował płatności swoimi porządkami. Bywa. Idiotów nie robią, ale zdarza się, że zatrudniają. 5 dni opóźnienia w wypłacie, nic się nie stało, żaden problem. Koniec końców po 2 miesiącach zapierdalania, bez ubezpieczenia, bez dnia wolnego, robiąc po godzinach i w weekendy, dostaję tydzień po czasie niecałe 1300 zł. Nie wystarczyłoby na zusy. Upokarzające. Odechciewa mi się pracować. Ale takie są zasady. Trochę ichnie, bardziej moje własne. Nie ma sensu się boczyć, bo to tylko pieniądze: powszechne oszustwo, hologram. Nie mam kiedy wydawać tego majątku, bo trzeba napierać dalej. Jak stachanowiec, tysiąc procent normy za procent wypłaty. Trzeba tyrać, bo zaczęło się następne comiesięczne gówniane coś, dzięki czemu mam jakieś regularne kieszonkowe i mogę sobie kupić jakiś śpiworek albo nożyk.
Nie mogę już normalnie siedzieć. Wiercę się na fotelu jak idiota. Minutę oparty, minutę schylony, minutę na lewym pośladku, minutę na prawym. Nagle wiem, mogę coś jeszcze zrobić! Ustawiam sobie budzik co godzinę. Wstaję, robię coś w domu. Cokolwiek. Albo ćwiczę 5 minut. Skłony, przysiady, rozciąganie, 4 różne rzeczy, na początek po 10 powtórzeń. Odpuszczam sobie pracę w weekendy, robi się luźniej, spaceruję jak głupi, żeby się tylko wydobyć (ktoś pamięta "Antychrysta", etiudę z 2002? http://www.filmweb.pl/film/Antychryst-2002-36207 - tam było o wydobywaniu się) Pomaga, zamiast boleć cały czas, plecy bolą tylko od 10 do 16.
Czas jakoś zlatuje. Mamy początek października. 11-go pytam się o co kaman z umową. Otrzymuję odpowiedź, która zbija mnie z tropu: "Dyrektor podpisuje umowy tylko we wtorki albo w czwartki jeśli we wtorek był nieobecny." Ten sam dyrektor, od urlopu. Poziom absurdu jest po prostu niewiarygodny, jakby to absurd napędzał tą całą machinę, jakby ona się absurdem karmiła. Kasa opóźniona, za to odrobinę bardziej konkretna (mimo wszystko poniżej 2 tys. zł). Zlecenia cisną, ale nie jakoś strasznie. Myślę sobie - spoko spoko, będzie lepiej. Dostaję pokątnie informację, że w grudniu szykuje się niezły cyrk związany z comiesięcznym gównianym zleceniem. Wchodzę w to jak w masło, takiej hecy, jak żyję, jeszcze nie było.
Poważnie, ostrząc studentom ołówki zarobiłbym więcej niż za tą durną gazetę. To jest sporo kasy dla studenta może, ale czy gość wykształcony, szybki i skuteczny, ze stażem, doświadczeniem i bez większej zawodowej wpadki na koncie (przynajmniej o niczym nie wiem, przepływ informacji między mną a firmą jest zdecydowanie po tej absurdalnej stronie) powinien się w ogóle takimi rzeczami zajmować? Trzy podstawowe narzędzia w mojej pracy kosztują równo 10 tysięcy złotych. Mowa o podstawach. Raz na trzy lata wypadałoby to wszystko wymienić. Nie są to wszystkie rzeczy, po prostu te trzy najważniejsze, te na których można wszystko jakoś tam zrobić. A, jeszcze sprzęt... Komputer, jakiś monitor lepszy. W życiu nie miałem lepszego monitora, widziałem kilka przez szybę w sklepie. I to nawet nie są koszty, tylko narzędzia, które wymieniać trzeba. Za dwa miechy mam 1300 zł. Musi wystarczyć. Na raty nie wezmę, zaoszczędzić nie da rady. Prąd, Internet, życie... Wmawiam sobie już piąty rok, że tym jednym przewidywalnym zleceniem stabilizuję domowy budżet, co oczywiście jest kłamstwem.
Czas mija. Gówno leci w kibel. Coś następnego też dostałem. Jak zawsze terminy musiały się zazębić, ale ogólnie nie jest tragicznie.
Kręgosłup dokucza. Ale w końcu wydobyłem się spod sterty zleceń. Czas od 19.10 do 10.11 nie istniał. Sucho. Flauta, zero, nada, nic. Całe szczęście, bo bym umarł. Przeleżałem, przechodziłem, nareperowałem związek z Anią dobrymi obiadami i zaparzanymi regularnie kawami.
Tymczasem kasa nie chce spływać, umowy nie ma. 15-go pytam "Sprawy związane z zapłatą dla mnie się opóźniają. O co właściwie chodzi?" Księgowa na urlopie i czy poczekam. Najpierw do poniedziałku, ale jednak do czwartku. Dałem radę. Budżet na styk, bo oszczędzać nie mamy z czego. Poczekałem, ale w czwartek nic się nie stało. Może błąd w komunikacji wystąpił, czwartek był dniem ostatnim niemożliwym, a nie pierwszym możliwym. W piątek o 11 pytam ponownie. Przelewy, poza tym, że do działania firmy potrzebny jest wtorek i księgowa, wychodzą tylko raz dziennie, o 10, więc w piątek do mnie nic nie wyszło. Kierowniczka stara się mi jakoś pomóc, dostanę kasę za jedną rzecz, która zeszła w międzyczasie. Fajnie, będzie na prezenty. Kasę dostaję we wtorek 27-go listopada, i to wieczorem. Wypłata za 2 miechy, od 1.10 do 27.11 - 2011 zł.
Głowa mnie boli. Pewnie że to może wyglądać jak awanturowanie się, albo narzekanie, bo jedyne co mam do załatwienia to są moje problemy z tym, że firma działa w sposób, który przypomina Latający Cyrk Monty Pytona, tyle, że odarty z błyskotliwości. Na pogaduchy o tym co u kogo słychać nikt nigdy nie ma czasu, tęsknię za tym. Bardzo szanuję ichni czas, załatwiam wyłącznie to, co załatwić trzeba, bo wszyscy tam są przepracowani. Talent literacki po ojcu marnuje mój brat, co zresztą da się tu wyczuć. Kocham wszystkich. Naprawdę.
Oszczędności brak. Schodzi następne zlecenie, więc jakieś nieduże środki wpłyną i może chociaż ten jeden raz na święta nie będziemy w czarnej dupie. W środę idziemy po węgiel, w czwartek przywożą. Węgiel 220 zł. Brykiet 314 zł. Tego się nie je. To nie jest na całą zimę. Może na pół, a może nawet na pół nie. Co to będzie na emeryturze? Nie myślę, obym nie dożył.
Zapytałem też wtedy, w ramach awanturowania się, co się dzieje w kwestii comiesięcznego gównianego zlecenia na miesiąc przyszły, bo będzie z tego fura nisko płatnej, zupełnie nieprzewidywalnej roboty. Tak, szablon będzie w poniedziałek. Szablon otrzymuję w czwartek. Opóźniło się z szablonem - zdarza się, jakoś dam radę. Wszystko się może opóźnić (tylko nie to zlecenie).
"Szablon", pisałem? Nie, jednak nie szablon. Skrót myślowy wystąpił, zdarza się. Projekt publikacji. Materiał, z którego muszę sobie ów szablon wytworzyć. Właśnie tego się obawiałem. Cyrk się zaczyna.
Magiczna różnica między projektem publikacji, a szablonem składu to w tym przypadku ze 20-25h przed kompem, które to muszę sobie rozdystrybuować: raz ze względu na zdrowie, dwa ze względu na to, że później muszę i tak tydzień zapierdalać non-stop ogarniając jednocześnie kompletnie zmienione comiesięczne gówno i dorabiając to, co wcześniej nie dało się przewidzieć i trzy, że na to, co sobie w ramach wytwarzania szablonu będę dłubał, powinna rzucić okiem redaktorka, jest na tyle miła, że obejrzy te wytwory wcześniej, żeby później nie było sraczki.
Żeby porządnie zrobić szablon składu to tego gówna, trzeba to gówno najpierw parę razy zrobić, więc czego się właściwie spodziewałem? Niczego. Świętego spokoju. Żeby się samo zrobiło, bo nie daję rady. Zgadza się, potrzebny mi długi urlop.
2 godziny później dowiaduję się, że format publikacji ulegnie zmianie, ale jeszcze nie wiadomo na jaki. Miszczowie przy pracy. Cyrk, panie. Nic nie zrobię. Nie znając formatu nie jestem w stanie nic zrobić. Nic.
To jest historia życia mojego zawodowego od sierpnia do wczoraj.
Dokończę resztę przy okazji, jak już się wydarzy. Wnioski wyciągnięte z tej historii chyba Ci, drogi czytelniku, daruję.
0 x skomentowano:
Prześlij komentarz