Cały październik i pół listopada łaziłem. Co weekend regularnie pakowałem się i wybywałem na minimum 4 godziny, czasem i na 40. W kategoriach turystyki pieszej to niedużo, ale jako spacery sprawdzały się znakomicie. Po 10 latach siedzenia na dupie odzyskuję kondycję, do smukłej sylwetki jeszcze mi daleko, ale jestem pełen optymizmu.
O wizycie w Łosiowych już chyba pisałem. Poza tym zwiedziłem dokładnie las rudnicki, dżunglę między Górą Garnizonową a Wisłą, jednak moje ulubione miejscówki są na drugim brzegu - rozległe, gęste łąki, pełne wędkarzy, skuterów, bażantów i sarnowatych, odgrodzone wysokim wałem od wiosek. Małe, dzikie państwo w państwie, gdzie nie obowiązują zakazy wjazdu i przepisy BHP, obowiązuje za to niełowienie w ścisku.
Udało mi się też przejść z Ostródy do Unieszewa, z noclegiem gdzieś w środku. Na koniec sprawdziłem, czy śpiworki i karimata dadzą radę na mrozie. Nie dały. Znaczy dały, ale tylko tam, gdzie sięgała karimata - 115x 95 cm, przycięta i pokładana bardziej do współpracy z hamakiem. Nogi zmarzły mi na kość.
Pakowanie plecaka (czasem torebki) zajmuje mi coraz mniej czasu, więc coraz łatwiej jest gdzieś wyskoczyć ot tak, bez planowania. Więc wyskakuję kiedy tylko mogę.
Zauważyłem, że przy pakowaniu się na wycieczkę dobrze sprawdzają się pewnego rodzaju półzestawy, które można dopracowywać osobno. Na przykład taki "półzestaw" tworzą mała butelka na paliwo, palnik i wiatrochron - wszystko w sam raz na jednodniowy wypad, osobny półzestaw to naczynie do gotowania wody, pokrywka, łyżka, cedzak, ew. nawet deska do krojenia. Sznurki i szpilki mam osobno, poncho osobno, hamak z pasami do zawieszania go osobno. Każdy taki kawałek gra z każdym innym. Chcę wypić herbatę - biorę kubek, chcę zjeść zupę - biorę coś większego, palnik daje radę i z jednym, i z drugim. Bliżej ziemi - karimata i poncho, wyżej - to samo, ale z hamakiem, sama rekreacja - sam hamak. Kiedy pada - mam pod ręką samo poncho, bez plączących się sznurków i szpilek.
Nie ma w tym nawet odrobiny filozofii, po prostu wszystko niespodziewanie zaczęło dzielić się i działać właśnie w ten sposób.
Czasami łaziłem szlakami (nieszczęsne Łosiowe), z reguły jednak z mapą, po swojemu.
Tu dygresja: PTTK niestety jest winne zbrodni na turystyce pieszej. Poza paroma oczkami w głowie, jak kajakowy spływ Krutynią, szlaki są nudne, utrzymane byle jak, oznakowane w raczej losowy sposób - dobrze jeżeli szlak od lat jest w tym samym miejscu, gorzej kiedy coś się zmienia. Wszystko jest stale zasrane i zaśmiecone - w tym prym wiodą takie drugorzędne atrakcje, jak punkt widokowy na Łosiowych. Doceniam ogromnie fakt odśnieżenia niektórych tras rowerowych i wydzielenia miejsc na ognisko, utrzymanie stolików i ławeczek w dobrym stanie, ale na tym to przyjemne się kończy.
Przykre w tym wszystkim jest to, że o ile ośrodki są już w rękach prywatnych, o tyle teren pod nimi najczęściej nie. Skutek to fatalnie wysokie ceny - bo i najemca, i właściciel muszą się nachapać, żaden za to nie chce (i, nie wiedzieć czemu czuje, że nie powinien) dbać ani o ośrodek, ani o okolicę.
Informacja turystyczna to osobna sprawa, po 1989 jest źle i coraz gorzej. Do Internetu po informacje lepiej w ogóle nie zaglądać - przynajmniej nie na strony PTTKowskie. Może to i lepiej, bo w lesie czy w górach nie ma co liczyć na żadne dane w formie cyfrowej - brak zasięgu i padające na mrozie baterie to może być dopiero początek problemów.
Dlatego raczej planuję trasę samodzielnie, nie oglądając się ani na istniejące szlaki, ani na infrastrukturę. W lesie są drogi, w tym pożarowe, przecinki i ścieżki, od wsi do wsi można przejść drogą polną, miedzą albo w ostateczności asfaltem (daruję sobie dygresję o wioskowych głupkach z prawem jazdy, bo i tak wiadomo o co chodzi, niech sobie debile spokojnie wymierają na przydrożnych drzewach, razem z dziećmi i konkubinami). Papierowe, czarno-białe sztabówki może nie są najlepszą opcją na świecie, ale sprawdzają się naprawdę dobrze. Przy planowaniu trasy pomagają mi też zdjęcia satelitarne. Wszystko absolutnie musi działać bez prądu.
W terenie gotuję bardzo skromnie, na spirytusie. To w ogóle jest tak, że gotowanie ma swój nastrój, zupełnie różny dla różnych paliw i stylów gotowania. Można na ognisku, na gazie, benzynie, oleju, parafinie, na paliwie stałym (esbit), wreszcie można nie gotować, a jedynie podgrzewać gotowe racje żywnościowe, albo nie gotować wcale. Za każdym razem wiąże się to z innym oporządzeniem, z inną filozofią, z różnymi potrawami, innym stylem podróży, sprawdziłem z tego wszystkiego zaledwie ułamek, nie ma co się wymądrzać... Ze względu na dostępność paliwa, niski koszt i znikomą wagę gotuję na denaturacie, sporadycznie zdarza mi się rozpalić ognisko, w takim miejscu, w którym nie zostaną ślady, albo gdzieś, gdzie wcześniej ktoś już jakieś palił. Przestrzegam możliwie ściśle zasady nie zostawiania za sobą śladów. Żadnych śmieci, resztek żywności, żadnych wypalonych dziur w darni. Często (po noclegu w hamaku) jedyny ślad to nieduży placek wydeptanej trawy. Rozbałaganiam liście i ew. jakieś drobne wióry, rozrzucam fusy z herbaty itp, itd.
Na przedostatnim zdjęciu widać mój samodziałowy nożyk. Wyszlifowałem go i zahartowałem samodzielnie, zajęło to dosłownie parę godzin. To jest takie niby maleństwo, ale daje sobie wspaniale radę w terenie. Drzewa nim nie powalę, mimo wszystko uważam, że na niedługie wypady taki nożyk sprawdzi się znakomicie. Z racji tego, że nie mam zamiaru nigdy zrobić więcej, niż wycięcie kostura, coś takiego daje sobie radę. Ostrze ma zaledwie 4 cm długości, ale za to znosi dużo większe nadużycia, niż większejszy 2,5 raza Victorinox - dokładniej model produkowany dla Bundeswehry.
Wpis cały rozdziabał mi się na wiele różnych stron, mówi się trudno, żyje się dalej.
Jeszcze jedno, ważne, może najważniejsze. W całym tym łażeniu istotna dla mnie jest bardzo prosta refleksja. Wszedłem do lasu w trakcie gorącego lata, wyszedłem następnego dnia, już była jesień - złote drzewa, chłodek, lekka mgła. Albo pstrągi, całkiem już spore, które widziałem wiosną, płynęły pod prąd strumyka szerokiego na pół metra - widok zupełnie bajkowy. Rodzina zwariowanych łabędzi, które nie wyleciały na zimę. Albo to, że z dala od domu i z dala od ludzi dosłownie wszystko rozumie się inaczej. Dom robi się cichy i przytulny, jedzenie smaczne i wysublimowane, chce się porozmawiać ze znajomymi, żyć pełniej.














2 x skomentowano:
sorry, ale spływ Krutynią to jest jakaś pomyłka. toć na grunwaldzkiej w Gdańsku o 16:30 jest mniej ludzi niż na Krutynii w ciepły letni dzień... nie polecam, zwłaszcza jeśli ktoś był na mniejszych, np kaszubskich, rzeczkach, gdzie odpoczynkowość jest przednia, a czasem jakaś niespodzianka w postaci powalonego drzewa urozmaici niespieszne spływanie.
ofkors, jeśli komuś miłe jest przepychanie się kajakiem między innymi uczestnikami, darcie ryja przez kulturalnych turystów popijających Volta, chmary kolonii i generalnie klimat jak na parkingu bryczek wwożących "piechurów" pod Morskie Oko... to spoko, Krutynia może się podobać.
Pomyśl sobie, że Krutynia to ta perełka była, duma Mazur, oczko w głowie olsztyńskiego oddziału PTTK, starannie organizowana impreza...
Nic nie poradzisz, albo będzie tłok, albo nietłok (znaczy tylko truchtacze i chodzący z kijkami, bo to modne), ale zawsze będzie syfiasto. Fajnie jak się uda trafić na wysprzątany szlak... W tym oszczanym małym mazurskim miasteczku, skąd wychodzą może ze trzy petetekoskie szlaki, w promieniu paru ładnych kilometrów jest jedno jedyne miejsce wyznaczone na ognisko. Pod jedynym w tym miejscu stolikiem nie dalej, jak wczoraj, więc kwartał po sezonie, widziałem po prostu śmietnik - nakrętki, połamane plastikowe widelce, paczki po petach, wkoło jakieś butelki. Ktoś posprzątał, ale niedokładnie.
W sezonie za to trzoda, bo inaczej nie da się tego nazwać, wjeżdża tam autami na grilla (wożą ze sobą), elita - mazurscy żaglarze - nie są lepsi, połowa zasrywa brzeg, połowa wyspę, urządzają sobie zawody na to, kto głośniej będzie ryczał "hej sokoły". Miasto, czy raczej dwójka lokalnych biznesmenów, pracuje wytrwale nad odrolnieniem kolejnych kilometrów nabrzeża, żeby późnej postawić tam jakieś osiedle -potworka i wybetonować wszystko, co się tylko da.
Do tego polityczne elity każą nam się mnożyć na potęgę, bo inaczej świat się zawali - pewnie, że im się zawali jak ludzie zobaczą ile jeden z drugim nakradli, co posprzedawali i ile zmarnotrawili i jak się pourządzali. Polska jest przeludniona. Szlaki są zatłoczone. Miejsc pracy nie przybywa i od rodzenia dzieci i zaciskania pasa nie przybędzie.
Prześlij komentarz