2011-11-30

Eksperymet


“Moje bieguny” Kamińskiego. Nie, to nie o depresji. 

Przeczytałem zupełnie przypadkiem. Wiem, że dla niektórych ludzi siedzących w temacie to ważna książka. To był jeden z tych momentów, kiedy różne moje hobby jakoś magicznie się połączyły, zupełnie odrębne rzeczy zazębiły się dość dokładnie. Szukałem formuły określającej popyt na kalorie w chłodnym klimacie, pomyślałem, że to może się przydać w trakcie tworzenia PARPG. Tak trafiłem na Kamińskiego. Książkę miał mój wujek, skądinąd też Kamiński. Więc przy jakiejś tam okazji przeczytałem całą (za jednym posiedzeniem, ten typ już tak czasem ma). Marek na pewno pisze lepiej ode mnie ;) .

Do sedna. Poza wymienioną formułą znalazłem w tej książce dość racjonalny, dobrze opisany trening radzenia sobie w trakcie wypraw. Chodzi, upraszczając, o zdobycie doświadczenia w symulowanych, kontrolowanych warunkach. W przypadku wypraw pieszych może to być robienie wszystkiego w domu i wokół domu z grubsza tak, jakby się było na wyprawie. W przypadku autora była to częściowa przeprowadzka do namiotu. Po pracy Kamiński zamiast odpocząć w ciepłym domu, siedział gdzieś w zaspie, gotował i spał poza domem. Nie jest to jakaś szczególnie nowatorska metoda. Nic, czego przeciętny Jaś sam by nie wymyślił. Jakoś tak człowiek działa, że sama świadomość, że ktoś całkiem ważny wpadł na ten sam pomysł, dodaje odwagi do realizacji. Domowa pogoda przypomina trochę wrzesień - ok. 16-17 C, od czasu do czasu pada.

Na początku przez parę tygodni (!) preparowałem sobie posiłki na zimno - głównie kanapki.
Równolegle ćwiczyłem gotowanie w kociołku na palniku spirytusowym - w tej roli sprawdzał się zawsze uberstove - nigdy do końca dobrze, ale zawsze w miarę znośnie. Nie kaprysi, nie nawala, ale ten pierdolnik wielkości nakrętki od butelki dysponuje nadwyżką mocy. Jak znalazł do smażenia... Pobawiłem się z innymi koncepcjami; na pierwszy ogień poszedł klasyczny “pepsi can stove” - taki z dyszami po bokach, z otwartą górą i podwójnymi ściankami. Ten sam palnik stwarzał mi problemy podczas niedawnego spaceru - czajnik zsuwał się z niego w niekontrolowany sposób (czyżby kolejny sprzęt ujawiający swoje powinowactwo ze Strusiem Pędziwiatrem?). Myślałem wtedy, że żeby w przyszłości naczynie zawsze stało na jakimś stojaku. Owszem, czajnik (ani nic innego poza patelnią) nie zsuwa się ze stojaka zbyt łatwo. Za to w takich warunkach denaturat spala się bardzo szybko. Palnik wymaga stawiania garnka bezpośrednio na nim i basta. Z kubkiem może by przeszło. A tak  - odpada. Poza tym ponownie płomienie sięgały zdecydowanie za wysoko.

Następna była moja podróbka Flat Cata (flagowy produkt flatcatgear.com - można pozwiedzać) z puszki po piwie. Tu z kolei kluczowa wydaje się być odległość od palnika do naczynia. W końcu (dwie kawy później) udało mi się trafić. Jest nieźle, całkiem szybko i całkiem oszczędnie. Jak dotąd jest to mój zdecydowany faworyt.

Najpierw ciepłe napoje - jak trzeba to też dania instant. Każdorazowo gotowałem ok 600 ml, dość żeby zapchać się rosołem albo puree i jeszcze to popić.

Zużyłem 125 ml paliwa (denaturat 92%) na: obiad, zupę instant, 2x herbatę, 2x kawę. Teoretycznie tyle gotuję w ciągu 2 dni. Wychodzi mi 20 ml/kubek, bezpieczniej będzie założyć 15 ml do podgrzania wody i 20 ml do zagotowania - z windscreenem (“wiatrochron” jakoś mnie mierzi) powinno to wystarczyć nawet przy silnym wietrze. 

Obiad wymaga rozwinięcia. 
Cebuli szt. 2, pomidory z puszki, pół małej cukinii, oliwa, makaron instant i ser. Oczywiście za dużo chciałem nagotować...
W każdym razie wyszło danie bardzo szybkie i całkiem smaczne. Zużycie paliwa - poniżej 30 ml. Gdzieś w rogu odrobinę przywarło - to było w planie.
Najpierw do kociołka poszła oliwa, potem cebula, następnie odrobina wody i cukinia, a na koniec - pomidory. To wszystko wylałem na ser i makaron.
Miałem okazję sprawdzić w praniu hipotetyczny pojemnik. zapakowałem do środka full gorącego żarcia, zamknąłem. Nie stopił się. Potrząsłem - nic nie wyleciało. Poczekałem - nie wybuchł. Chyba nieźle?
Rondel 400 ml... Rondel sobie odpuszczę ;)

0 x skomentowano:

Ten blog nie jest w żadnym wypadku pierdo-periodykiem.