Lato w końcu odpuściło.
Teraz cisza, spokój i otyłość.
Cisza, taka "w środku", bo nikt nic nie chce ode mnie. Wszyscy, na których kiedyś tak bardzo bardzo bardzo (strasznie mocno) mi zależało, milczą od lat. To się chyba nazywa "święty spokój" i że niby ja go teraz mam, bo chciałem. Nieprawda, nie chciałem. Chciałem nie nadgniwać w gęstym klimacie 30-tysięcznego miasteczka, gdzie znam wszystkich i wiem wszystko o każdym, nawet teraz, po latach od wybycia stamtąd. W miasteczku, którego tożsamość razem z mieszkańcami całkowicie sprzedano turystom i dorobkiewiczom. Kim byłbym mieszkając w ciasnym, rozsypującym się mieszkanku z malutkimi okienkami? Nie chciałem nikogo tam zostawiać, jak mi się wydawało przez pewien czas, nikogo nie zostawiłem. Poszedłem sobie, po kilku latach się okazało, w całkowitą prawie samotność.
Jesteśmy wszyscy (moja "grupa rówieśnicza" i ja) tuż przed trzydziestką. Mamy te swoje pokraczne życia, ułożone byle jak, byle gdzie, z kim popadło, byle było ciepło i wygodnie. Udajemy dorosłych - pielęgnujemy małżeństwa, wychowujemy dzieci, codziennie jeździmy do pracy i wpadamy do siebie na kawę. Wszystko to robimy z takim urokiem i przejęciem, z jakim kiedyś gotowaliśmy w wiaderku zupę z trawy i wody z kałuży, a parę lat później piekliśmy razem ciastka albo zapiekanki do pożarcia przy wódce.
Tylko, że nie mam współmałżonka, a zamieszkuję w lokal wspólnie z konkubiną. W takiej światowej ciasnocie i biedzie, w której na dom trzeba niewolniczo zarabiać przez pół życia, nie życzę sobie być w ogóle pytany o potomstwo. Zawodowo jestem od lat wolnym strzelcem. A na kawę ktokolwiek z "grupy rówieśniczej" wpadł do mnie dwa razy w ciągu sześciu lat.
Może ja faktycznie według ichniejszych kryteriów nie "żyję", umarłem, albo jestem ich wyimaginowanym przyjacielem z dzieciństwa, więc się do mnie nie pisuje, nie czytuje się maili ode mnie, a w żadnym wypadku na żadne nie odpowiada. Może prawdziwe życie to używane samochody, spokojny, roczny rytm wygodnej pracy w budżetówce, mieszkanie we własnym pokoju, planowanie oderwania się od rodziców (albo przeczekania ich?), założenia rodziny i posiadanie dupy bardziej otyłej od mojej? Przede wszystkim życie to musi być brak czasu na zaprzątanie sobie głowy takim skończonym skurwielem jak ja - facetem, który żyje jak mu się uwidzi, wciska paluchy wszędzie gdzie się da i wali prosto z mostu co mu się nie podoba. Śluby, rozwody, porody, dzieci, niańki, kawki, wódeczki, mieszkania, kredyty, dni i miesiące w rytmie dom-samochód - praca - samochód - sklep - samochód - dom, nieustające mędzenie rodziny, doroczne imprezy - o tych przykrych imieninach przyszywanej coici Z nie wypada zapomnieć, koszenie trawnika i wieszanie firanek równo rozfalowanych, bo "co sąsiedzi powiedzą". To musi być życie, które pociąga każdego. To musi być życie! (Jestem pewien, że już teraz afirmują sobie "byle do emerytury, potem będzie dobrze, byle do sidemdziesiątki, potem się pożyje...").
Jakby refleksja to była strata czasu - lepiej w ciepłej pościeli przerobić kolejny sezon kolejnego serialu, wspominać dzieciństwo i, kiedy treść serialu jest nie dość stymulująca, klikać w debilne gierki.
Jednak coś się czasem zmienia. W tym roku dostałem życzenia urodzinowe. To spora zmiana, bo od mojej przeprowadzki cała "grupa rówieśnicza" zwyczajnie rok po roku zapominała. Wszyscy zrobili wszystko, żeby się nie dać dotknąć, nie widzieć mnie w ogóle, i jak z imieninami cioci Z - żeby tylko nie zapomnieć. Zebrali się i zaśpiewali "sto lat" do kamery. Poczułem się jak jakiś szczur za wielką wodą, będąc raptem 100km od nich i odwiedzając ich wesoły piździdołek raz w miesiącu. Jakby to mogło cokolwiek zmienić w kwestii naszych wzajemnych relacji, gdyby zapomnieli jeszcze raz czy dwa, czy w ogóle do końca życia zapominali o wszystkim. Jakbym ich mniej kochał przez to, że zapominają albo już w ogóle nie wiedzą.
Najlepiej tak zrobić - nie dać sobie okazji okazji do poczucia wyrzutów sumienia, jakby refleksja groziła chorobą jakąś. Jakby to mogło zaszkodzić, jak się przeczyta przydługiego maila, przez szacunek chociaż odmówi propozycji, zamiast ignorować zupełnie. W drugą stronę to jakoś zawsze działało, miałem czas na podróże, pisanie, dysponowałem elastycznym grafikiem i własnym środkiem lokomocji (takim z lokomotywą znaczy), byłem w stanie ignorować te wszystkie dość kwaśne sytuacje, obficie kreowane przez nieco jednak odstających od umysłowej normalności rodziców "członków grupy rówieśniczej", a, odkąd są "dorośli", także przez samych członków tejże - jakby spuszczenie żonie wpierdolu po imprezie było czymś dorosłym.
Nawet mnie cała ta sytuacja już przestała wkurwiać, został tylko jakiś taki żal, że się tego wszystkiego nie da nadrobić, że już nigdy nie będzie nawet w jakimś ułamku tak, jak może by mogło być, gdybym jednak żył jakimś niewyimaginowanym życiem, gdybym nie był, razem z całym swoim bagażem skurwielstwa, ich zbiorową halucynacją, wyobrażonym przyjacielem z dzieciństwa.
W zeszłym roku jeszcze się wahałem, jeszcze dałem temu dojrzeć. Teraz? Pora w końcu się uspokoić, poczuć się tak, jak powinienem się poczuć już przed paru laty - jak niechciany kolega, ten co jak się wtypi na chatę bez pytania, to siedzi bez umiaru, żłopiąc kawę za kawą i zjadając miłym ludziom (miłym, "bo co sąsiedzi powiedzą") wszystkie ciastka z patery. Czas się ogarnąć, po latach w końcu poudawać, że udało mi się domyślić "o co kamą". Najwyższa pora przetrawić ten bałagan i zobaczyć czy w ogóle wynikły z takiego postępowania stolec, w postaci mojego głośnego "pierdolę, mam dosyć", zaśmierdzi. Przyjaciół się nie wybiera, prawda?
Z takimi z grubsza przemyśleniami otwieram sezon jesienny - dla, jak śpiewał lokalny poeta, matołków - koniec nocnych ryków, szczania po bramach, powrót z letniej balangi do szkoły, początek wypracowań, sprawdzianów, pakowania tornisterków, możliwość zapytania katechetek dlaczego nie ma okresu i czy to było raczej związane z grzesznym zachowaniem na imprezie dwunastego czy dziewiętnastego sierpnia .
Z planów na wrzesień - zupełnie poważnie miałem zamiar powalczyć z otyłością, odizolować się jeszcze bardziej, znaczy wyskoczyć gdzieś w ten weekend. Gdziekolwiek, byle znów mieć liście w butach, zeżreć byle co byle jak i obowiązkowo przemarznąć na kość w nocy. Przewiało mi plecy w nocy, na sobotę mam trochę roboty. Zdjęcia bym porobił. Skończę rolkę i zacznę to wywoływać, obiecuję sobie drugi rok wywołać to, co się powoli zbiera. Uda się? Nie-e.
Plecaki sobie robię, tak w ogóle, przednia zabawa. Plecaki, nie placki. I, jak moi znajomi, snuję dumne plany na przyszły rok - tyle, że zupełnie nieżyciowe, bardziej wyimaginowane. I niezwiązane z nikim z "grupy rówieśniczej".
0 x skomentowano:
Prześlij komentarz