Setny post
Bijemy kolejne życiowe rekordy. Piętnaście, czternaście, aż w końcu wczoraj - dwanaście stopni - tyle było w sypialni/pokoju do pracy nad ranem. Mamy jeszcze kuchnio-łazienkę, tam jest zimniej. Dziś rano było niewiele lepiej - dwanaście i pół stopnia.
Mieszkamy na drugim piętrze. Pod nami puste mieszkanie, wszystkie ściany mamy albo zewnętrzne, albo wspólne z korytarzem, albo z sąsiadem, który w ogóle nie grzeje w domu. Nad nami dach.
Do piwnicy po węgiel musimy zejść na piętro minus pierwsze. Sufit w piwnicy jest na wysokości 160 cm, ja bez butów i beretu mam 182. Ciemno tam i strasznie śmierdzi, w rurze od ścieków jest wielka jak pięść dziura.
Dziś poszło z dymem półtora wiadra węgla i trochę gałęzi. W tej chwili, po ośmiu godzinach nieprzerwanego palenia w piecu, mamy w domu 13 stopni. Ręce sinieją z zimna od pisania na komputerze. Ania pisze w rękawiczkach i popija ciepłą herbatę.
Na płatku ucha wyskoczyła mi z zimna jakaś krosta.
Pracodawca (miłomłyński Miejsko-Gminny Dom Kultury) zalega mi od trzech tygodni z wypłatą. Nie mam pieniędzy na drewno. Na węgiel wyskrobaliśmy 60 zł - kupiliśmy brunatny, trzy razy tańszy od kamiennego i trzy razy więcej go schodzi.
Po gałęzie byliśmy dziś rano w lesie. Ludzie szli z rana do kościoła, my wracaliśmy z lasu z drewnem w marynarskim worze.
W styczniu kupa forsy poszła na bilety - do Miłomłyna dojeżdżałem 2-3 razy w tygodniu po 120 km, nie miałem też za wiele czasu, żeby zarobić gdzie indziej. I tak wylądowałem: bez terminowej wypłaty, bez opału i z jako-taką pewnością, że kasy do dziesiątego zwyczajnie zabraknie.
Ciężko pracowałem i pracuję. Muszę pożyczać na życie.
Buty (jedyne jakie miałem) były bardzo dziurawe, trzeba było wyrzucić i kupić nowe. Węgiel się skończył - nie był jakiś bardzo drogi, ale trzeba było kupić. Na rachunki już nam nie wystarczy.
To Grudziądz, Polska. Złe miejsce.
Na zdjęciu okna naszego domu.
"kto mnie zakopał w piaskownicy
niech tik dostanie na twarzy (...)"