2008-10-03

Co zaważyło o wyprowadzce z Gdańska, niezbyt krótko i w punkcikach:

Fatalne warunki lokalowe do spółki z niewysoką pensją
W półtorapokojowym mieszkanku trzy osoby dokonywały ciągłej ekspansji przestrzennej, starając się zwyczajnie pomieścić swoje tobołki tak, żeby móc jeszcze suszyć pranie i jakoś wychodzić na zewnątrz. Było ciasno, cholernie ciasno. Bez lodówki, pralki, zmywarki i z kuchnią na 2 metrach kwadratowych.
Sztalugę rozstawiłem raz w ciągu dwóch lat; sprawdziłem - zupełnie brak było miejsca na malowanie. Złożyłem wszystko i ciepnąłem w kąt. Ołóweczki, pędzeleczki, koreksiki, aparaciki, obiektywiki, lampuszki, kuwetki, gumeczki, teczuszki, spineczki, nożyki, linijeczki, cyrkielki, stalóweczki, grafioniki, obsadeczki, patyczki, szpacheleczki, farbeczki, tuszki, pigmenciki, tasiemki, rynienki, rakielki, wałeczki, miseczki, piórniczki, paletki, puszeczki, dłutka, a nawet siteczko do serigrafii, powiększalniczek i chwiejaczek (wytłuczone przez Ewę szybki i stół do animacji też kiedyś miałem), słowem cały dorobek studiów, kurzył się, leżąc na właściwych miejscach na właściwych półeczkach spartolonego kompletnie regału, albo kisił się we właściwych pudełeczkach na tym samym regale. Zjechałem tu pod koniec studiów i od razu zacząłem stagnację. Z wielkich planów artystyczno-fotograficznych udało mi się zmodernizować komputer i nabyć rozsypującego się laptopa. Do pracy.
Właścicielka wynajmowanego lokalu nie chciała nas zameldować, w związku z tym często podróżowałem do Ostródy do urzędów.
Może byłoby nas stać na inne miejsca, większe mieszkania, dalej od centrum i bez rybików. Niestety, Ewa, współzamieszkująca, uparła się właśnie na tą ciasną klitkę.
Nie ma sensu zarzynać się za mieszkanie. Nigdy moją ambicją nie było i nie będzie biedowanie w wielkim mieście. Nie dla samego bycia tam.
W tej ciasnocie dziewczyny zamiast zgodnie z planem wspólnie pracować - przestały ze sobą rozmawiać. Bo to problem dogadać się, jak się jest dziewczynami chyba. Nic dziwnego zresztą, skoro Ewa w ramach dogadywania się z Anią potrafi dwa tygodnie nie odzywać się w ogóle, a w ramach współpracy - w kluczowy weekend kluczowego jarmarku rok po roku wyjeżdżała wczasować. Ja nie odzywałem się nieproszony, tylko myślałem, jak najszybciej się ulotnić i mieć z głowy tą żałosną sytuację raz na zawsze. Skutecznie.
Nigdy więcej ładowania się do mieszkania z kimś, kogo się na wylot nie poznało. Nigdy więcej życia z kimś, kto bierze więcej i chętniej, niż daje - i chce jeszcze więcej wziąć, i pretensje ma, że nie takie bierze jak by chciał. Nigdy więcej mieszkania z kimś, kto przepycha odpływ przez zupełnie oddzieloną od niego wannę (jak już przepchałem ten odpływ, to śmiałem się cały dzień), nie umie zmienić żarówki, nie próbuje sam dokręcić kontaktu, albo wyciągnąć po sobie plasterka cytryny z sitka w zlewie. Nigdy więcej życia z kimś, kto partoli równo i na całej linii własną robotę, nie szanuje własnego słowa, mojego mienia ani czasu.
Bezustanny ruch pod oknami
Uroki mieszkania po drodze ze starówki na dworzec. Latarnia co noc świeciła w duże okno naszego małego mieszkanka. Hałas był równy przez całą dobę. Kilka razy chciałem rzucać butelkami w drących się po nocy debili. Od piątku do niedzieli nie szło przespać nocy w spokoju, niezależnie od pory roku. To samo po każdym ważniejszym wydarzeniu sportowym. Chodzą i ryczą, albo jeżdżą i łomoczą. Był taki, co o 3 w nocy darł się przez megafon. Gdzie byli policjanci? Spali po ciężkim dniu.
Pogoda
W lato wieje, jest zimno i mokro, zimą wieje, jest ciepło i mokro, przez resztę roku tylko wieje i jest mokro. Pogoda zmienia się czasem cztery razy dziennie, to potrafi być męczące. Ani prawdziwego lata, ani zimy, ani spacerów, ani pływania, ani rzucania się śnieżkami. Much można się najwyżej nałykać, albo spalin.
Długi czas dojazdu. Wszędzie w korkach i wszędzie daleko.
Z Gdańska zapamiętam na długo fatalne drogi, ciasne, zapchane i dziurawe (albo nieczynne i właśnie łatane). Kiepsko zorganizowana komunikacja, bezkarni, brutalni kontrolerzy, fatalnej jakości autobusy i tramwaje (z pociągami SKM jest dużo gorzej), korki, spaliny, hałas, smród i pył. Taka codzienność w tym wspaniałym mieście. Chcesz dojechać - będzie długo, głośno i przede wszystkim drogo. Na spacer jedzie się pociągiem, do lasu - pociągiem, do parku - tramwajem albo autobusem, do pracy - tramwajem i autobusem, na plażę - pociągiem. Wszędzie telepie tak, że książka może wypaść z ręki, więc odpuściłem sobie czytanie w dojazdach po pierwszej zmęczonej lekturze. Ankę oczadzialec potrącił na przejściu dla rowerów na zielonym świetle, ja sam mam często ochotę walnąć z kopa w drzwi komuś, kto prawie mnie rozjechał. Psychopaci. Policja całe dnie łapie przechodniów za przechodzenie nie na pasach. Bo tak.
Wielu zgorzkniałych i wrednych ludzi na ulicach, wielu żebraków
Płacę podatki, nie wspieram nieznajomych żebraków inaczej. Mam też dość ludzi, którzy (słusznie) mówią, że politycy - kiedyś ich koledzy z pracy, szkoły czy podwórka - zdradzili i ich, i pewne idee, i zamienili to na pieniądze, mieszkania, luksusy i władzę. Co ja mogę powiedzieć? Mam takie ulubione przysłowie: "Nie podoba się, to wypierdalaj". To Polska i Polacy mnie tego przysłowia nauczyli. Wypierdalam. Niezbyt daleko.
Mało interesujących wydarzeń kulturalnych
Przykro mi, myślałem, że tu dużo dzieje. Jeden dobry koncert, jedna wystawa, może dwie, na które niestety się nie wybrałem. Festiwal filmów dokumentalnych w likwidowanych kinach (baj baj, Neptun!), jedno fenomenalne plenerowe fireshow. Ilość eventów do upchnięcia w jeden letni weekend. Tyle tego było przez dwa lata w wielkim mieście. Reszta niewarta uwagi, reszty mogłoby nie być. Koncerty Dody, Sopotu Top Trendy, wystaw historyczno-dokumentalnych zdjęć.
No żesz kurwa mać - myślę sobie - sam bym więcej dobrego zorganizował, niż te lenie tutaj. Widocznie to problem zabiegać o ciekawych ludzi, widocznie Detko Band i Muchy to artyści wszech czasów. Żadnych drobnych imprez, żadnych porządnych kameralnych koncertów w knajpach, żadnych. Albo zerowa reklama i ja nic nie wiem. Albo jak już był koncert, to bilety kosztowały więcej, niż byłem w stanie z miesiąca na miesiąc odkładać.
Fantastyczne zaplecze, cudowne miejsca na koncerty i wystawy. Wszystko stoi i niszczeje od wilgoci. Złożyłem dawno temu podanie do NCK. Kompetencje raczej mam, doświadczenie też; swego czasu pomagałem nawet przy festiwalu, na którym później grał tamtejszy dyrektor. Olali. Nawet nie byłem jakoś zaskoczony, bo z reguły olewają, ale teraz dobrze rozumiem, dlaczego. Brak funduszy, ograniczona liczba etatów. I koniec. Pani Marysia przez dekadę organizuje jedną byle jaką imprezę i jakoś się kręci. Jakoś.
Trójmiasto kulturalnie wypadło dużo poniżej oczekiwań. Bardzo dużo. Uwierzcie, w kilka razy mniejszym od Trójmiasta Olsztynie działo się czasem lepiej.
Drożyzna
Pomidory malinowe: rynek w Grudziądzu - 2,50/kg, rynek w Gdańsku - 6-8zł/kg. To wszystko w temacie cen.
Podsumowanie
Pensja starczająca na mieszkanie i jedzenie, bezustanny hałas pod oknami, fatalny klimat - i pogodowy, i kulturalny, bezustanna konieczność podróżowania, choćby na głupi spacer po lesie, kierowcy-wariaci, ryczący po nocach debile i wszechobecni żebracy, kulturalna bezczynność. Taki mniej-więcej jest mój obraz Trójmiasta po przemieszkaniu tam ponad 2 lat.
Konsumpcja kultury - czemu nie (powiedzmy, że chodzi o kulturę wysoką, albo o to, w czym chociaż odrobinę gustuję), wygodne życie (w Gdańsku to fikcja) - nie mam nic przeciwko. Ale nie mogę zarabiać wyłącznie po to, żeby mieszkać, jeść i dojeżdżać. Tak życia nie przeżyję.
To chyba dość powodów, żeby jeden mały człowiek zwyczajnie spakował się i poszedł sobie gdzie indziej.

2 x skomentowano:

apeyron pisze...

smutne to, ale całkiem cię rozumiem.
gdańsk ssie.
mnie wyniosło do gdyni, ale ciekawe co się stanie za jakiś czas...

Łukasz Jastrzębski pisze...

idzie dojeżdżać taki kawał? Zawsze się gdynianom dziwiłem, że im się chce taki kawał do pracy dygać.

Ten blog nie jest w żadnym wypadku pierdo-periodykiem.